XWNZX

XWNZX

Paweł Raszkiewicz – Droga Dao, "Najlepszy hardcore punk to ten uduchowiony"

Związki hardcore punka z duchowością mają bardzo długą historię. Poza obecnym na scenie niemal od zawsze nurtem chrześcijańskim wydaje się, że zwłaszcza w obrębie nowej szkoły HC dużym zainteresowaniem cieszyły się zawsze filozoficzne i etyczne idee z Dalekiego Wschodu, związane zwłaszcza z dharmicznymi religiami hinduizmu i buddyzmu oraz z dalece bardziej „praktycznym” taoizmem. 
Nie było więc dla mnie wielkim zaskoczeniem, że założycielem działającej w Warszawie szkoły Droga Dao jest osoba związana od wielu lat ze sceną DIY. Paweł Raszkiewicz, bo o nim mowa, jest nauczycielem praktyk, takich jak tai chi czy qigong, łączących tradycyjną chińską gimnastykę z taoistyczną duchowością. Postanowiłem porozmawiać z nim o jego własnym dao, łączącym doświadczenia typowe dla rodzimych „załogantów” z samorozwojem ducha i ciała.
~Sebastian Rerak

O istnieniu twojej szkoły dowiedziałem się z postu znajomego – wokalisty pewnej formacji hardcore punkowej. Wrzucił na Facebooka link do wywiadu, którego udzieliłeś serwisowi Vegan Workout wraz z adnotacją, że uważa cię za świetnego człowieka, mimo że kiedyś podbiłeś mu oko w trakcie moshu na koncercie. To ciekawe, że osoba medytująca, uprawiająca formy wymagające skupienia i spokoju, znajduje też czas na inne rodzaje aktywności ruchowej.
Musiało chodzić o jakieś zamierzchłe czasy (śmiech). Kiedyś faktycznie często uskuteczniałem takie formy aktywności, ale obecnie pozwalam się wykazać innym. Nadal jednak chodzę na koncerty.

Pytam o to, ponieważ na pewnym taoistycznym forum trafiłem kiedyś na temat poświęcony słuchaniu ekstremalnej muzyki. Zdania były podzielone – jedni pisali, że takie dźwięki wytrącają z równowagi, inni przekonywali, że przecież wszystko jest dla ludzi. Jak ty się na to zapatrujesz?
Jeśli mam być szczery, to w domu nie słucham już zbyt wiele takiej muzyki. A na pewno słucham jej mniej niż w czasach młodości. Na pewnym etapie rzeczywiście trudniej jest zsynchronizować się z agresją i dosadnym przekazywaniem gniewu, dość typowymi w tekstach i muzyce hardcore. Na koncerty wciąż chodzę, ponieważ od strony społecznej scena jest nadal moim miejscem. Powiedziałbym jednak, że jest to raczej kwestia wieku i zmęczenia bębenków usznych niż konsekwencja uprawiania praktyk taoistycznych. W tych bowiem wszystko sprowadza się do znalezienia drogi środka, a więc jest także i miejsce na zdrowy gniew czy zdrowy bunt. Ja najwidoczniej z czasem odczuwam mniejsze zapotrzebowanie na oba.
Co w twoim życiu pojawiło się pierwsze – zainteresowanie duchowością Wschodu czy hardcore punk?
Duchowość Wschodu. Jako młody chłopak, praktycznie dziecko, zetknąłem się z nią po raz pierwszy poprzez dalekowschodnie sztuki walki. Trafiłem na pierwsze informacje o buddyzmie, potem o taoizmie, a w mojej szczenięcej głowie łączyły się one dodatkowo ze spirytualizmem północnoamerykańskich Indian. Poza tym w pierwszych latach mojego życia dorastałem w bliskim kontakcie ze śmiercią. W rodzinie doszło do kilku zgonów, a ja częściej bywałem na pogrzebach niż na innych uroczystościach, przez co temat przemijania stał się dla mnie bardzo namacalny.
Kiedy zaś miałem czternaście lat, zetknąłem się z hardcore punkiem. W tym nurcie też – bardziej lub mniej świadomie – dryfowałem w stronę zespołów ocierających się o spirytualizm. W ogóle można przyjąć, że bez tej tematyki nie byłoby amerykańskiego hardcore punka. W końcu pierwszą grupą, która naprawdę grała szybciej, ostrzej i agresywniej od zespołów angielskich, byli Bad Brains, od początku naładowani ideami duchowo-religijnymi.
Duchowość zatem pojawiła się u mnie wcześniej, choć początkowo nie byłem w nią zaangażowany tak, jak potem zaangażowałem się w hardcore punk.

À propos doświadczeń dzieciństwa... Podobno jako młody chłopak asystowałeś przy uboju zwierząt?
Tak, to prawda. Moi rodzice pochodzą ze wsi, na wsi mieszka też większość moich krewnych. Wszelkie ferie i wakacje spędzałem więc za miastem. Mowa zresztą o takiej tradycyjnej wsi, sprzed czasów wejścia do Unii Europejskiej, gdzie większość żywności pozyskiwało się samemu. Tak też było z chowem zwierząt. Jako dziecko nie widziałem w tym nic złego – pomagałem w uboju świń, drobiu czy rybołówstwie jako pięciolatek, zresztą w towarzystwie dzieci częstokroć młodszych ode mnie.

Dla mnie to oczywiste, że osoba praktykująca filozofię buddyjską czy taoistyczną powinna wstrzymać się od konsumpcji mięsa. Jednocześnie stykam się z tłumaczeniami osób, które się od tego wykręcają, np. powołując się na słowa Buddy, zezwalającego jeść mięso swym uczniom, o ile to zostało im podarowane i nie zostało zabite dla nich. Niektórzy przekonują więc, że to pozwala im na kupowanie produktów mięsnych w supermarkecie, co jest moim zdaniem idiotyczną wymówką.
Mój pogląd na tę kwestię się zmienił. Jestem weganinem od ponad dwudziestu lat. O ile jednak w pierwszych latach patrzyłem na to bardziej krytycznie, tak teraz nie czuję się kimś, kto ma prawo do oceniania cudzych wyborów. Owszem, wykraczają one poza jednostkę, która ich dokonuje, ale nic do końca nie jest czarno-białe. Nie stawiam granicy na zasadzie: spożywanie produktów pochodzenia zwierzęcego – be, niespożywanie – cacy. Dopuszczam sytuacje, w których można pozyskiwać takie pożywienie, o ile dzieje się to z zachowaniem zasad etycznych, a nawet przy bardzo wysokiej empatii. Jednocześnie możliwe jest przecież odżywianie się produktami niezwierzęcymi, które nie są w 100% etyczne. Bo czy np. olej palmowy wolny jest od cierpienia?
W swojej szkole nie obnoszę się z weganizmem. Jeżeli ktoś zapyta o to na zajęciach, to służę odpowiedzią, ale nie stawiam tego za wymóg. Każdy z nas może iść w tym samym kierunku, nawet jeśli ma różny dobytek karmiczny. Czy wyeliminuje mięso od razu czy później – to oczywiście ma znaczenie. Ja jednak nie mam prawa oceniać innych z wysokości swojego piedestału. Tym bardziej że znam wiele osób, które wchodziły na drogę określonych wyborów żywieniowych, ale z braku wewnętrznego przekonania nie wytrzymywały próby kilku lat. Wolę więc zostawić to indywidualnie każdemu z osobna niż kogokolwiek do czegoś namawiać.
Czy w codziennym życiu starasz się realizować filozofię taoistyczną? Nauki Lao-zi i innych chińskich mędrców są dla ciebie inspirujące?
Oczywiście. Taoizm ma zasadniczo trzy aspekty: filozoficzno-duchowy, praktyczny (związany z praktykami ruchowymi, seksualnymi i dietetycznymi) i religijny. Ten ostatni to taka nie do końca zinstytucjonalizowana religia, która interesuje mnie najmniej, aczkolwiek w tym roku udaję się po raz pierwszy na odosobnienie do klasztoru, gdzie zobaczę z bliska życie taoistycznych duchownych. Cała strona filozoficzno-konceptualna jest jednak jak najbardziej mi bliska.

Ta filozofia jest bardzo indywidualistyczna, wręcz anarchistyczna. Chyba wygrywa w niej wspólny refren z punkowym niepokornym duchem?
Zdecydowanie tak. Ciężko to dziś oceniać jednoznacznie z perspektywy XXI wieku, ale mówi się, że taoizm był skodyfikowanym szamanizmem sprzed czasów chińskiej rewolucji agrarnej. W pewien sposób podtrzymywał precywilizacyjne treści przekazywane w społecznościach szamańskich tak, aby przetrwały w rzeczywistości rolniczej. A pozostawały w opozycji do władzy.
Teraz jest z tym różnie. Nurt klasztorny wrócił do łask elit rządzących, korzysta nawet z dotacji... Kiedyś jednak duch buntowniczy był silnie akcentowany w naukach wielkich mistrzów.

Ciekawy jestem jednak, czy nie odczuwasz pewnego dylematu. Chiny to kolebka taoizmu, a także miejsce, w którym z jego zetknięcia z buddyzmem narodziło się zen. Jednocześnie jest to także kraj, w którym po dziś dzień popełnia się wiele okrucieństw. Można pytać, ile przetrwało w Chinach z filozofii niewyrządzania krzywdy.
Można też spytać, ile z nauk Mahometa przetrwało wśród mieszkańców Bliskiego Wschodu, lub ile z nauk Mojżesza i Jezusa przetrwało w kulturze judeochrześcijańskiej. Chiny to ogromny kraj, a zarazem określony koncept polityczny. W tym roku, w związku z wyjazdem do świątyni, wziąłem się za naukę mandaryńskiego i zauważyłem, że nawet na poziomie językowym pozostały tam pewne elementy myśli ezoterycznej. Twór, jakim jest Chińska Republika Ludowa, to jednak nie to samo co starożytne Chiny. Kiedyś wpływ duchowości był tam większy, ale buddyzm i taoizm, które pięknie się nawzajem przenikały, chociaż nieraz były sankcjonowane przez władzę, to rozumiane bywały różnie. Chociażby we wspomnianej kwestii wegetarianizmu.

Smalec, a więc czołowa polska postać sceny Krishna core, mówił mi kiedyś, że dość powszechny jest dla niego widok bhaktów z punkowymi tatuażami. Wiem, że środowisko taoistów jest mniejsze, ale czy mając kontakt z ludźmi z Zachodu, często spotykasz osoby związane z subkulturą?
Rzadko. To istotnie jest mniejsze środowisko. Czasem na moje zajęcia przychodzą znajomi lub znajomi znajomych, których kojarzę z koncertów. Wiem też o koledze z Holandii, który prowadzi szkołę tai chi, a kiedyś bębnił w tamtejszych hardcore'owych zespołach straight edge.
Trafiają się osoby w Anglii czy w Stanach... Kilka postaci współtworzących nurt związany z ideologią hardline wciąż trwa przy taoizmie. Nie jest to jednak tak silnie zaznaczone jak zwolennicy Świadomości Kryszny.

A są ci znane książki buddystów związanych ze sceną punk, Noah Levine'a i Brada Warnera?
Tak, swego czasu czytałem „Dharma Punx” Levine'a. Teraz wyszła jakaś nowa, ale nie miałem jeszcze okazji jej sprawdzić.

Brad Warner był nawet tłumaczony na polski.
Kiedyś na jakimś portalu wyświetliła mi się recenzja jednej z jego książek. Na pewno sprawdzę przy okazji.

Zdarza ci się sięgać po muzykę zespołów bardziej ze względu na wątki duchowe niż na dźwięki?
Tak (śmiech). Mogę być stronniczy, ale uważam, że zespoły poruszające wątki duchowe były najlepszymi, jakie hardcore wniósł do swojego panteonu, także od strony muzycznej. Począwszy od Bad Brains, którzy byli i będą najlepszą formacją HC na świecie, poprzez Cro-mags, Shelter, 108, Inside Out, Burn... Wszystkie one wyznaczały nowe artystyczne kierunki. Późniejsze grupy, takie jak Vegan Reich, Captive Nation Rising, Burn It Down czy Racetraitor ciężko było słuchać ze względu na muzykę. Przyszło mi jednak bić się w piersi, kiedy z opóźnieniem odkryłem The First Step. Długo jawił mi się jałowym zespołem youth crew, a okazał się fajnym projektem z bardzo konkretnym buddyjskim przekazem.
Bardzo ważnym zespołem jest dla ciebie chyba Earth Crisis?
Oczywiście. Aczkolwiek Earth Crisis nie ciągnęło do duchowości, może co najwyżej dryfowało nieco w stronę takiego amerykańskiego chrześcijaństwa. Ja w ogóle dorastałem na scenie w połowie lat 90., więc wszystkie te wojownicze załogi vegan straight edge były jak najbardziej moimi ulubionymi.

To na koniec zapytam jeszcze o temat, wokół którego narastają czasami nieporozumienia, czyli taoistyczne praktyki seksualne. Na przykład o seksie tantrycznym pisze się sporo, ale zazwyczaj w kontekście porad typu „jak kochać się całą noc?”. Jest to chyba zupełne spłycenie?
Tak, ale jeżeli ktoś chce to spłycać, niech tak robi – nie będę nikogo krytykował. Dla mnie to część drogi wiodącej do pewnego celu, ale jeżeli ktoś traktuje seks tantryczny czy inne praktyki wyrosłe z taoizmu jako sposób urozmaicenia życia łóżkowego, to proszę bardzo. Mogę tylko zaznaczyć, że pisanie o nich w oderwaniu od kontekstu – co często robią kolorowe czasopisma lub popularne książki – może wiązać się z zagrożeniami czysto zdrowotnymi. Nie będę jednak nikogo ganił za to, jak podchodzi do seksu tantrycznego, ani wywyższając się, napominał: „Halo, halo, zapominacie o ważnych sprawach!”. Nie o to przecież chodzi.
(#4, lato 2017)
Obsługiwane przez usługę Blogger.