XWNZX

XWNZX

Łukasz Wójcicki – RKS Gwiazda, "Sporty walk mogą być dla wszystkich"

Łukasz Wójcicki jest osobą niezwykle aktywną. Od dobrych już paru lat udziela się wokalnie w warszawskiej MassMilicji. Ale nie ogranicza się jedynie do projektów typowo muzycznych. Jest też aktywistą środowiska wolnościowego, bardzo dużo działa w temacie LGBTQ+, do tego dochodzi gra aktorska, treningi, organizowanie wydarzeń… Uff, mnóstwo tego! Dlatego cieszę się, że udało nam się odrobinę porozmawiać na temat jego ostatniego przedsięwzięcia – klubu sztuk walki bez cienia dyskryminacji. W moim odczuciu właśnie czegoś takiego w Polsce brakowało. Nie chodzi mi o modę na sporty walki i koniunkturalne poddanie się jej, lecz o utworzenie przestrzeni, w której każdy będzie mógł poczuć się akceptowany i dodatkowo nauczy się bronić przed „prawdziwymi mężczyznami” szukającymi zaczepki. A że otaczająca nas rzeczywistość niejednokrotnie wymusza na nas takie umiejętności, to chyba nikogo specjalnie nie muszę do tego przekonywać.  ~Mn

RKS Gwiazda nie jest zwykłym klubem sportowym. Stoi za wami pewna idea. Czy mógłbyś ją nakreślić?
Moim zdaniem RKS Gwiazda jest zwykłym klubem sportowym, bo tak powinien wyglądać zwykły klub. Jest klubem otwarcie antyseksistowskim, antyLGBTQfobicznym, antyrasistowskim. Jest to klub zorientowany na różnorodność. Nasze treningi adresowane są przede wszystkim do osób LGBTQ+ i wszystkich, które chcą trenować w przyjaznej przestrzeni wzajemnego szacunku i akceptacji. Innymi słowy, dla osób, które mogą czuć się swobodnie i być sobą bez ryzyka uprzedzeń, mowy nienawiści czy dyskryminacji. Nasza postawa jest jawnie polityczna: odzyskujemy sztuki i sporty walk z łap męskiej dominacji, pokazując, że nie są domeną wyłącznie mężczyzn, twardzieli i killerów. Uderzamy tym samym w obowiązującą normę społeczno-kulturową, która jest krzywdząca chociażby dla osób nie wpisujących się w patriarchalny podział na facetów i laski. Cieszące się od kilku ostatnich lat coraz większą popularnością kobiece walki, w ich dzisiejszym kształcie są kolejnym produktem mariażu patriarchatu z kapitalizmem. Zawodniczki porównywane są do facetów, a ciągle dominująca męska publiczność sportów walk oczekuje od nich, że będą na ringu zachowywały się w sposób, do jakiego przyzwyczaili ich męscy zawodnicy. Jak dodamy do tego seksistowską otoczkę biznesową, gdzie pół gołe laski tłukące się po ryjach w klatce dobrze się sprzedadzą, otrzymamy dzisiejszy sukces kobiecego MMA. Nam zależy, żeby pokazać, że sporty walk mogą być dla wszystkich. Bez względu, kim jesteś i jak wyglądasz. Na to potrzeba szczególnej przestrzeni, którą, mam nadzieję, udaje nam się tworzyć w RKS Gwiazda.
Jesteśmy Ruchomym Klubem Sportowym, co z jednej strony oznacza, że zajmujemy się szeroko pojętych ruchem fizycznym, a z drugiej – że nie mamy aktualnie stałego miejsca i trenujemy w zaprzyjaźnionych gymach, zmieniamy przestrzenie, korzystamy z dostępnych. Treningi Queer Fight i crossfit odbywają się w Akademii Kung Fu „Tygrys i Żuraw”. Zajęcia ruchowe „Self-DeDance”, inspirowane tańcem i sztukami walk – w sali warsztatowej Stołu Powszechnego w Teatrze Powszechnym. Treningi biegowe, które ruszą na wiosnę, prowadzimy nad Wisłą. Mamy w zanadrzu wystartowanie z kolejnymi sekcjami, ale to dopiero latem okaże się, co i jak. Śledźcie naszego fejsbuka: https://www.facebook.com/RKSgwiazda/

Skąd pojawił się pomysł na takie przedsięwzięcie?
Moje doświadczenie z licznych klubów sportowych, szczególnie  klubów sztuk i sportów walk, nauczyło mnie zaciskać zęby, udawać kogoś, kim nie jestem, i stawać do wiecznej konkurencji z kolegami z klubu. Znam wiele osób, których taka atmosfera dopinguje, ale chyba jeszcze więcej znam takich, których nie tylko nie dopinguje, ale i przeszkadza. Ja do nich należę. Nigdy nie czułem się dobrze w klimacie wzajemnego oceniania, macho napinki i braku akceptacji dla różnorodności. Stąd pomysł, żeby założyć swój klub, wolny od tego gówna. Niejednokrotnie osoby, które trenują u mnie, mówiły, że wstydzą się chodzić do klubów, bo były kilka razy i nie znalazły zrozumienia albo trener nie miał cierpliwości, albo grupa była wykluczająca itd. Niestety, często grupa, która już ćwiczy ze sobą jakiś czas, ma elitarne ciągoty do zamykania się. Jak jesteś dobry/a, prezentujesz odpowiedni poziom, dobrze się napierdalasz, to łatwiej ci zyskać akceptację grupy (a często niestety i trenerki czy instruktora), niż jak jesteś osobą, która ma problemy z koordynacją, nie zna podstawowych zasad walki (bo niby skąd, skoro właśnie po to zapisała się na grupę początkującą?), nie ma siły i szybko się męczy. To przykre, ale niestety prawdziwe. Nie mówię, że wszędzie tak jest, ale w wielu klubach. U nas jest inaczej, dlatego to nie klub dla wszystkich. U nas jest miejsce dla osób, które coś już potrafią i dobrze sobie radzą, jak i dla osób, które dopiero zaczynają przygodę ze sztukami walk. Moje treningi to przestrzeń, gdzie można nie mieć siły, poczuć swoją słabość czy brak kondycji i nikt ci nie powie, że to miejsce nie dla ciebie, żebyś zapisał/a się na jogę czy tai chi, które wbrew pozorom też są wymagające. A wierz mi, takie teksty ludzie potrafią usłyszeć od osób z grupy czy, jeszcze gorzej, od trenerów i trenerek. Łatwo w ten sposób zniechęcić kogoś do trenowania. A mi chodzi o to, żeby zachęcić! Uważność na tych najsłabszych jest trudna, ale procentuje. Bo często to właśnie osoby z końca zostają i wytrwale trenują, osiągając sukces, a nie ci/te, którzy/-re skaczą od klubu do klubu. Najsłabszych najłatwiej się pozbyć. A to właśnie dzięki cierpliwości i wytrwałości trenera/-ki te osoby nabierają pewności w swoje możliwości, na macie i w życiu. I to jest piękne!

Jak duży jest twoim zdaniem problem z dyskryminacją w sporcie, klubach, na siłowniach, treningach? Jak najczęściej może się objawiać?
Trudno powiedzieć, jaka jest tego skala. Powstały różne opracowania nt. dyskryminacji w sporcie, ale chyba jeszcze nie ma żadnego, który by dotyczył stricte klubów sztuk i sportów walk. Z doświadczenia mojego i osób, które przychodzą do mnie na treningi, mogę powiedzieć, że to jest głównie tzw. „miękka” dyskryminacja, która nadal jest dyskryminacją. Miękką, czyli taka, gdzie nikt wprost ci nie powie, że jeśli nie spełniasz określonej normy (np. tożsamościowej, etnicznej, płciowej), to nie masz wstępu. Nic z tych rzeczy. Mało który klub gra tak grubo. Zazwyczaj powiedzą, że u nich nie ma dyskryminacji, bo nikogo nie interesuje twoja orientacja, płeć, wiek czy pochodzenie. Ale na treningu usłyszysz, że masz być twardy, a nie jak „ciota”, że uderzasz jak „baba”, albo że ruszasz się jak „stary dziad”. Najgorzej jest z orientacją seksualną i płcią, bo w języku jest mnóstwo seksistowskich i homofobicznych zwrotów na określenie czyjejś kondycji albo sprawności fizycznej. Z kolorem skóry jest trudniej, bo nikt nie powie, że walczysz jak „ciapaty” albo że ćwiczysz jak „żółtek”, a to przecież ma taki sam ciężar dyskryminacyjny jak „baba” czy „pedał”. Ale nasza kultura robi tu rozgraniczenie, przyzwalając na seksizm czy transfobię jako zjawiska nieszkodliwe i żartobliwe, zabraniając jednocześnie porównań rasistowskich jako niestosownych i obraźliwych. Co nie oznacza, że nie trafiają się rasistowskie odzywki o kolegach i koleżankach o kolorze skóry innym niż dominujący biały.
Problem w tym, że te seksistowskie i homofobiczne zwroty są tak głęboko zakorzenione w naszym języku, że stały się niesłyszalne. Mało kto zwraca na nie uwagę, ponieważ są tak potoczne jak powiedzenia typu: „twardy/-a jak kamień” czy „szybki/-a jak błyskawica”. To jest właśnie dyskryminacja na miękko, kiedy dyskryminujesz, ale nie zdajesz sobie z tego sprawy, nie masz rozkminy, że coś jest nie halo w takich stwierdzeniach, bo cały czas obracasz się w środowisku osób, dla których to jest „normalne”. Oczywiście, nie zwalnia cię to z odpowiedzialności za konsekwencje swoich słów, ale niestety, najczęściej konsekwencje dotykają osób, które doświadczają dyskryminacji. To one same muszą sobie z tym radzić, podczas gdy osoba dyskryminująca kontynuuje swoją pracę jako trener czy instruktorka. A to ci ludzie są odpowiedzialni za kształtowanie postaw w klubie. Ich przyzwolenie na wykluczający język, na mowę nienawiści buduje w klubie atmosferę braku akceptacji dla różnorodności. Do takiego nieprzyjaznego klimatu wobec „innego” przyczyniają się również osoby, które stoją z boku i nie reagują. W ten sposób swoim milczeniem gruntują postawy uprzedzenia i wrogości. Niestety, nikt nas nie uczy, jak reagować na niesprawiedliwość. Tresura siedzenia cicho ma służyć za podporę patriarchalnego i fobicznego status quo. Takie klubu sportowe jak Gwiazda chcą to gówno zmieniać.
Spotkałeś się kiedyś osobiście z tego typu sytuacjami?
Nie raz na treningach w różnych klubach słyszałem, jak trener (niestety, najczęściej facet) „motywuje” chłopaków do wytężonej pracy, bo przecież nie są „babami”, tak jakby dziewczyny nie potrafiły ciężko pracować, a bycie dziewczyną to miał być obciach. Może jakby pomyśleli wcześniej o swoich żonach, córkach i matkach, to by tak śmiało ich nie degradowali do biernych i ułomnych istot. Podobnie, jeśli nie gorzej, dostaje się osobom nienormatywnym. Przez ostatnie lata przyzwyczailiśmy/-łyśmy się do udziału sportsmenek w dyscyplinach kulturowo postrzeganych jako „męskie”, typu sporty walk, trójbój czy kulturystyka. Nadal jednak nie ma w nich za dużo miejsca dla osób otwarcie zdeklarowanych jako „nieheteronormatywne”. Klub sportowy, siłownia czy fitness musi uchodzić za „gay friendly” lub mieć mniej lub bardziej jawnie naklejoną wlepkę z tęczą, żeby osoby LGBTQ+ mogły czuć się (w miarę) bezpiecznie. Do tego najgorzej dostaje się gejom. Porównanie do „pedała” lub „cioty” uchodzi za jedną z bardziej poniżających obelg. Nie usłyszysz w żadnym klubie sztuk walk, że ćwicząca grupa bije się jak „transy” albo „lesby”. Zawsze to będzie „pedalski” ruch, cios czy kopnięcie. Jest to bezpośrednie pokłosie patriarchatu, który trzyma facetów za mordy, od przedszkola tłukąc im do głów, że mają być „prawdziwymi mężczyznami”, stojącymi w kontrze do tych fałszywych, „zdziewiczałych” i „zfeminizowanych”. Uważam, że trzeba to zmieniać.

Wiadomo, że w takich momentach najlepiej zareagować. Wielu osobom pewnie brakowałoby jednak do tego odwagi. Nie wiedzieliby też, jak mieliby to zrobić. Masz jakieś rady?
Regularne treningi wyrabiają pewność siebie, która jest niezbędna w samoobronie. Nie musisz być nie wiadomo na jakim poziomie i znać 30 zajebistych technik. Każda technika jest dobra, jeśli jest skuteczna. Bardzo ważny jest odruch samoobrony, a takich odruchów uczą właśnie regularne treningi. To nie musi być konkretna technika, czasem wystarczy podniesienie rąk do głowy i łokci do żeber, żeby je ochronić. Odruch podniesienia nogi, żeby odbić kopnięcie oszczędzi siniaków na udzie czy bólu wątroby. Treningi też nas uczą, że lepiej obetrzeć sobie ramię, złapać siniaka na piszczelu czy obtłuc tyłek, niż narazić głowę, żebra lub wątrobę. Uniknąć paraliżu strachem w sytuacji zagrożenia to bardzo dużo. Zazwyczaj właśnie ze strachu nie potrafimy się obronić, ochronić głowy czy zwyczajnie uciec. Treningi nam ułatwiają pokonać ten paraliż. Nie mówię, że od razu będziemy szybcy jak Bruce Lee czy niepokonane jak Joanna Jędrzejczyk. Ale od czegoś warto zacząć. Zapisanie się na trening to pierwszy krok.

Określacie się również mianem wegańskiego klubu sportowego. W jaki sposób promujecie dietę roślinną? Skąd tak mocny na to nacisk?
Zależy nam, żeby kadra w klubie, stała i gościnna, była co najmniej wegetariańska. Jak na razie to się udaje. Ale przede wszystkim stawiamy na weganizm. Marzy nam się, żeby wszystkie osoby, które prowadzą zajęcia i treningi w ramach RKS Gwiazda, były wegańskie. W tym sensie postrzegam Gwiazdę jako klub wegański. Na zajęciach staram się mówić o zaletach diety wegańskiej w sportach walk i w sportach siłowych. Służę jako przykład, he he, że można z powodzeniem być weganinem i trenować sporty wysiłkowe. Zresztą takich przykładów nie brakuje. Wystarczy wpisać sobie w internety frazę „wegańscy sportowcy” albo „weganizm w sporcie”. W przyszłości chcemy organizować imprezy sportowe połączone z promocją diety wegańskiej.
Przemysł mięsny i mleczarski przyczyniają się do potwornego cierpienia zwierząt hodowlanych. Nie mam na to zgody. Jestem weganinem, bo nie chcę przykładać ręki do tego gówna, jakim są przemysłowe fermy zwierząt, rzeźnie i mleczarnie. Nie ma mowy, żebyśmy byli empatycznym, demokratycznym i sprawiedliwym społeczeństwem, dopóki będziemy wpierdalać padlinę z umęczonych, zniewolonych, torturowanych zwierząt. Minimalny sprzeciw wobec tego, to odrzucenie mięsa. Na scenie sportowej lobby mięsno-mleczarskie ma szczególnie dużo do powiedzenia i jeszcze więcej do stracenia, gdyby dominującą dietą osób sportowych były owoce i warzywa. Sport to potężny rynek zbytu mięsa. Od dziecka jesteśmy karmieni (sic!) bzdurami, że bez białka pochodzenia zwierzęcego nie zbudujemy masy mięśniowej, nie będziemy mieć siły, a bez wapnia zawartego w mleku nasze kości będą kruche. To są brednie, które mają podtrzymać typowy w kapitalizmie zysk kosztem cierpienia innych istot. Nie zgadzamy się na to! Chcemy pokazywać, że w sporcie i w życiu dieta bez produktów odzwierzęcych jest nie tylko tak samo skuteczna jak mięsna, ale ma dodatkowe walory zdrowotne i, przede wszystkim, jest wolna od cierpienia innych czujących istot.

Moglibyście pomóc np. komuś, kto potrzebowałby rozpisać sobie dietę wegańską pod trening?
Jak najbardziej. Służymy radą. Intensywny trening bez odpowiedniej diety nie da nam spodziewanych rezultatów. Możemy się zniechęcić i odpuścić sobie przygodę ze sportem. A to wielka strata dla naszego ciała i umysłu. Najlepiej zapisać się do nas na treningi i na bieżąco omawiać swoją dietę z trenerem.

Jak duże jest zainteresowanie Gwiazdą? Kto najczęściej do was przychodzi?
Jesteśmy małym, niszowym klubem. To, co proponujemy, nie jest aktualnie hitem na rynku sportów walk, chociaż jest kilka klubów, które proponują treningi z K1. Na wiosnę znowu ruszamy z treningami biegowymi, których z kolei wszędzie jest pełno. Na Queer Fight przychodzą głównie osoby, które nie odnalazły się w tradycyjnych klubach sztuk walk. Znajdują tu cierpliwego trenera, jest miejsce na porażkę i brak siły, ale też na ciężką pracę i przekraczanie swoich barier. To są w większości osoby, które chcą spróbować sportów walk, ale wstydziły się w innych klubach, bo z napinką i ostrą rywalizacją nie jest im po drodze. Chcą się nauczyć bronić, walczyć i nabrać pewności. Wzmocnić ciało i umysł. Jest sporo osób ze środowiska LGBTQ+, ale też spoza, którym po prostu odpowiada taki klimat treningów. Na zajęcia ruchowo-taneczne „Self-DeDance” przychodzą bardzo różne osoby, tańczące i walczące, z różnym doświadczeniem w pracy z ciałem, ale dla wszystkich jest miejsce. Trening można tak ułożyć i pokierować, żeby wszystkie osoby były zadowolone.

Czy słyszałeś o podobnych inicjatywach w innych miastach Polski? Może planujecie ruszyć w kraj z treningami?
O takim klubie jak nasz, to jeszcze nie słyszałem, he he. W Krakowie np. jest KKS Krakersy. Mają sekcje przede wszystkim gier zespołowych (siatkowa, piłkarska, koszykowa), ale mają też taniec towarzyski. Są klubem LGBT friendly. Nie mamy swojego oddziału poza Warszawą, ale chętnie przyjeżdżamy z gościnnymi warsztatami i treningami. W końcu jesteśmy ruchomym klubem. Oferujemy weekendowe warsztaty z samoobrony i budowania pewności siebie oraz warsztat ruchowy „Self-DeDance” inspirowany tańcem współczesnym i sztukami walk. Chętnie podróżujemy z wykładami nt. diety wegańskiej w sportach walk. Zapraszam do kontaktowania się z nami pod adresem e-mail: rksgwiazda@riseup.net

Na czym polega program Queer Fight twojego autorstwa?
Queer Fight to połączenie sztuk walk japońskiej formuły K1 (thai box, kick box, box, karate) z taekwon-do, samoobroną i walką uliczną. Do tego dochodzi trening sprawnościowo-wytrzymałościowy i filozofia budowania postawy pewności siebie, bez fobii, seksizmu, rasizmu i maczyzmu, w poprzek norm. Ja to nazywam „Queer Fight-Do”, gdzie „Do” oznacza po japońsku „drogę”, czyli proces nauki i postawę Osoby-Wojownika Queer: empatyczną, wolnościową i równościową, akceptującą różnorodność.

Czy mieliście jakieś nieprzyjemności w związku z waszą jasną deklaracją ideową? Odwiedzali was np. nacjonaliści?
Nie, nigdy nie mieliśmy żadnych kłopotów z prawicowymi radykałami ani religijnymi fundamentalistami. Otwarcie mówimy o politycznym wymiarze klubu, ponieważ uważam, że po pierwsze, wartości które nam przyświecają to powód do dumy, a po drugie, to akt solidarności z osobami i środowiskami prześladowanymi i piętnowanymi w patriarchalno-kapitalistycznej, narodowo-katolickiej rzeczywistości dzisiejszej Polski.
Jesteś osobą, która angażuje się w wiele inicjatyw walczących z dyskryminacją, wolnościowych. Nad czym jeszcze obecnie pracujesz?
W ramach RKS Gwiazdy prowadzę również warsztaty z mojego innego autorskiego programu pracy z ciałem „Self-DeDance”, który łączy taniec współczesny ze sztukami walk i z elementami teatru fizycznego. Nazwa jest miksem popularnych angielskich słów: „self-defense” (samoobrona) i „dance” (taniec). Warsztat ten ma wymiar ponadnormatywny, mówi o akceptacji swojego ciała i siebie bez względu na społeczne normy narzucane nam przez kulturę masową. W tym sensie ma wymiar polityczny. Podobnie jak Queer Fight jest również przestrzenią wolną od LGBTQfobii, rasizmu, seksizmu i mowy nienawiści.
Jestem aktywnym performerem teatru społeczno-politycznego Komuna/Warszawa i aktywistą warszawskiego ruchu wolnościowego. Współorganizuję trzy warszawskie festiwale: Resist Fest, FEM Fest i Queer Crash, gdzie oprócz koncertów odbywają się warsztaty, prezentacje i dyskusje, odpowiednio – wokół strategii oporu ruchów społecznych, feminizmu i środowiska LGBTQ+. Jestem również zaangażowany w działalność prozwierzęcą, promując m.in. weganizm.

OK, a jak ma się twój zespół – MassMilicja? Planujecie coś wydać?
Zespół ma się bardzo dobrze. Pod koniec zeszłego roku ukazała się nowa EP-ka, split ze szwedzką Protestera, wydana nakładem Halvfabrikat Records. Aktualnie pracujemy nad nowym materiałem na pełną płytę, która, mamy nadzieję, ukaże się na przełomie 2017/2018. Ten rok na pewno upłynie nam pod znakiem komponowania nowych kawałków i nagrywania, plus trochę koncertów, ale przede wszystkim chcemy się skupić na nowej płycie.

Skoro zahaczyliśmy o scenę hc/punk, nie da się ukryć, że i na niej dochodzi do seksistowskich/homofobicznych incydentów. Ciężko stwierdzić, jak duży jest to problem. Czy może problemu nie ma wcale? Spotkałeś się z tym?
Bardzo rzadko się z tym spotykam, ale kilka razy byłem świadkiem takiego zachowania i wyobrażam sobie (oby nie naiwnie), że to się dzieje sporadycznie. Zakładam, że ludzie tworzący scenę hc/punk mają pewien poziom świadomości feministycznej, queerowej czy ekologicznej, bo ta scena jest tym przesiąknięta i trudno to lekceważyć. Jeżeli jednak ktoś ignoruje poszanowanie wolności i różnorodności, to szybko znajdą się osoby, które zwrócą na to uwagę. Przynajmniej ja mam takie doświadczenie. Jesteśmy ludźmi i popełniamy błędy. Jeżeli osoba zachowała się w sposób seksistowski, rasistowski czy homofobiczny, ale wyciągnęła z tego wnioski i zmieniła swoje zachowanie, to dla mnie jest jak najbardziej OK. Nie widzę potrzeby piętnowania takiej osoby i wypominania jej tego do zajebania.
Pewnie, że nie wiemy, co siedzi w głowach ludzi ze sceny hc/punk i czy w ukryciu sali prób albo busa na trasie, wśród swoich ziomków, nie powielają patriarchalnych wzorców chujowego zachowania w stosunku do dziewczyn czy osób LGBTQ+. Dlatego, moim zdaniem, bardzo dobrą praktyką jest umieszczanie informacji na plakatach koncertowych, na skłotach i w centrach społecznych, że nie ma tu miejsca na mizoginiczne zachowania, na seksistowskie, rasistowskie czy LGBTQfobiczne gówno. Warto o tym mówić ze sceny i przy każdym spotkaniu, żeby osoby, które jeszcze nie nauczyły się szanować innych, wiedziały, że dyskryminacja, uprzedzenia i mowa nienawiści to wstyd i obciach.

Prowadziłeś także antyseksistowskie warsztaty dla mężczyzn. Jak wrażenia? Myślisz, że można skutecznie walczyć ze stereotypem „prawdziwego mężczyzny”?
Jako edukator antyprzemocowy działam aktywnie w stowarzyszeniu Głosy Przeciw Przemocy (wcześniej, przez kilka lat działaliśmy jako grupa nieformalna), zajmującym się przeciwdziałaniem męskiej przemocy. Pracuję z chłopakami i mężczyznami nad męskimi przywilejami, władzą i dominacją jako silnymi źródłami przemocy. Większość facetów, niestety, ma solidnie zakodowany konserwatywny wzorzec „prawdziwego mężczyzny”. Ciężko im się go pozbyć, bo od przedszkola byli tresowani, że muszą być niezłomni, silni, władczy i dominujący. Od najmłodszych lat im wpajano, czym mogą się bawić, a czym nie. Co im wypada, a co nie. Dziewczyny zresztą brodzą w tym samym bagnie, tyle że z innej strony.
Oczywiście, te wdrukowane w banie męskie wzorce zachowań nie są żadnym wytłumaczeniem. Pozbycie się ich to dla wielu kolesi ciężka praca, której nie chcą się podjąć, bo im tak wygodnie. Na szczęście inni mają wolę zmiany i rozumieją, że bycie facetem to nie genotyp, ale wychowanie. A skoro przyuczyliśmy się w dzieciństwie do jednego modelu, to równie dobrze możemy się go oduczyć i nauczyć innego. To się da, tylko trzeba chcieć. Jeżeli typ skuma, że brnięcie w ten anachroniczny wzorzec „prawdziwego faceta” to ślepa uliczka, która pozbawia go przeżywania w pełni swojego życia, to jesteśmy już na ostatniej prostej. Wizerunek „Marlboro Man”, oszczędnego w słowa twardziela, który z niejednej w życiu michy jadł i do niejednego kibla srał, to kapitalistyczny produkt patriarchatu, któremu nie zależy na facetach jako pełnowartościowych osobach, tylko na ich portfelach i podporządkowaniu ich określonym wzorcom zachowań, z których można wycisnąć zysk.

Myślę, że możemy zakończyć tym mocnym akcentem. Dzięki wielkie za wywiad!
Dzięki za wywiad i za robotę, którą robicie!
Queer / Wegan / Opór

Fot: Pac Mic
(#4, lato2017)
Obsługiwane przez usługę Blogger.